Nie będę więc ukrywał, że przez pierwszy miesiąc pobytu w Madrycie moimi największymi dylematami było jakie kupić piwo, z która „chicą” się umówić, do której knajpy wyskoczyć, no i czy iść na basen, czy może siłownie, a najlepiej na jedno i drugie i jeszcze chwilę sobie pobiegać.
Nic więc dziwnego, że w natłoku tych wszystkich obowiązków i straszliwych zmartwień wiele potu i łez kosztowało mnie znalezienie czasu na podróże. Udało mi się na szczęście wyłgać z czwartkowej imprezy i wyruszyć w kierunku pięknej Katalonii…
Tak na serio to poza wpłaceniem 100 € nie kiwnąłem nawet palcem. Wycieczkę do Barcelony w całości przygotował miejscowy ESN, czyli organizacja zajmująca się dwudziestokilkulatkami z całego świata, którzy przyjeżdżają za granicę robić absolutnie wszystko, żeby tylko przypadkiem się nie przepracować. Będąc już na miejscu, któregoś pięknego ranka, po kolejnym ciężko przepracowanym dniu i pełnej emocji nocy, przeglądając zawartość portfela i zastanawiając się, gdzie też podziały się moje pieniądze, znalazłem ulotkę z ciekawie wyglądającym napisem – My Beautiful Parking – RENT A BIKE. Na odwrocie cennik - 6 € za 4 godziny. Raz jeszcze rzuciłem okiem do portfela. Na to było mnie jeszcze stać. Poza tym fajnie by było przejechać się na rowerze po ponad miesięcznej przerwie… Długo się nie zastanawiałem. Wymacałem pod łóżkiem butelkę z Primaverą – najtańszą miejscową mineralką, opróżniłem jej zawartość i niepewnym krokiem opuściłem pokój mojego hostelu, w którym do życia wracało piętnastu przypominających zombie Erasmusów…
Barcelona, w przeciwieństwie do Madrytu, który stał się na pewien czas moim domem, jest bardzo rowerowym miastem. Oczywiście nie da jej się porównać do Kopenhagi, Amsterdamu czy Monachium, ale rowerzystów widzi się prawie na każdym kroku. Widać też rowerową infrastrukturę. Są ścieżki rowerowe, stojaki i wypożyczalnie. Ba! Jest nawet kilka całkiem sporych sklepów, w tym jeden ze specjalnym torem wewnątrz budynku do testowania rowerów przed zakupem. Na własne oczy nie widziałem, ale takie słuchy po Barcy chodzą.
Moja wypożyczalnia znajdowała się w samym centrum starego miasta na Calle Cervantes 5. „Polaco! Que tal en Polonia?” - zapytał z dwuznacznym uśmieszkiem właściciel widząc moje ID (kibice królewskich nazywają fanów Barcy Polakami i z tego, co przynajmniej się dowiedziałem nie ma to zbyt pozytywnego wydźwięku. Cóż poradzić…). „Bien, muy bien!” – rzuciłem swoim popisowym, hiszpańskim tekstem. Dalszą konwersacje poprowadziliśmy już jednak po angielsku, bo wyczerpał mi się zasób słów. Gdy, tylko otrzymałem bezcenne instrukcje, w jaki sposób zmieniać biegi i jak przypinać rower do słupa przypomniałem sobie jeszcze jedno hiszpańskie zdanie i na pożegnanie rzuciłem „Hasta luego!”. Jednak nie cała nauka poszła w las!
Jadąc w stronę morza zgarnąłem po drodze Gosię. Wskoczyła na bagażnik i pruliśmy przez nabrzeże robiąc slalom obok palm. Czułem się jak w podstawówce, gdy woziłem po moim starym osiedlu dziewczyny wokół bloku… do momentu, gdy nie zaczęły strzelać szprychy… Właściwie tylko jedna, ale to był znak, żeby odpuścić sobie głupie zabawy. Rower bowiem nie był, delikatnie mówiąc, w najlepszej kondycji, a chciałem jeszcze chwile na nim pojeździć. Trudno, dalszą wycieczkę kontynuowałem już samotnie.
Przez piękny Parc de Cascada udałem się w kierunku wyglądającego jak… no właśnie jak? Przewodnik mówił, że Torre Agbar ma kształt cygara i tej wersji będę trzymał się do końca. Trochę się jednak rozczarowałem, bo okolica i sam wieżowiec z bliska nie robią już takiego dobrego wrażenia. Strzeliłem szybką fotkę i już zbliżałem się do chyba najbardziej charakterystycznej budowli Barcelony i jednocześnie najbardziej znanego, choć jeszcze nieukończonego dzieła Gaudiego – Sagrada Familia. Zdania są podzielone. Jedni są zachwyceni inni uważają kościół za jeden wielki kicz, na który nie warto wydawać pieniędzy. Kontrowersje budzi w każdym razie ogromne. Nikt jednak nie powie, że nie robi wrażenia…
OK. Co następne? Hospital de la Santa Creu i de Sant Pau. Kompleks przypomina raczej jakiś zamek z bajki niż miejsce, gdzie leczy się ludzi. To tu, dwa dni po potrąceniu przez tramwaj w 1926 roku zmarł człowiek, który miał tak ogromny wpływ na dzisiejszy wygląd miasta – Antonio Gaudi.
Czasu wiele nie miałem, więc udałem się do, jak się później okazało, jednego z moich miejsc w Barcelonie – Parc Guell. Kolejny niesamowity projekt Gaudiego. Tuż przed wejściem do pokonania jest podjazd o sporym nachyleniu, ale warto się pomęczy. Park przytłacza soczystą zielenią, z której wyrastają tu i ówdzie bajecznie kolorowe budynki, wymyślne fontanny i niesamowite rzeźby. Można też posłuchać gitarowych koncertów i obejrzeć pokaz tańca flamenco. Poza tym z położonych na wzgórzu ogrodów roztacza się przepiękny widok na miasto i morze. Idealne miejsce na oświadczyny lub tym podobne akcje. Ja na szczęście nie musiałem się nikomu oświadczać, więc rzuciłem okiem na plan i popedałowałem w kierunku Paseig de Gracia.
Zbyt bezpiecznie wokół mijających mnie taksówek i szalonych motocyklistów się nie czułem, ale za to całym sobą mogłem chłonąć atmosferę miasta. Gdzie okiem nie sięgnąć widać wpływ Gaudiego. Śmieszne, secesyjne latarnie oraz wykuta z nieociosanego kamienia Casa Mila o falującej konstrukcji to też jego dzieła.
Na koniec rundka po starym mieście. Katedra, Palau de la Generalitat, Palau Reial no i oczywiście najbardziej znana ulica Barcy – Las Ramblas. Stamtąd pod kolumnę Krzysztofa Kolumba wskazującego morze i… musiałem zwrócić rower, bo zbliżała się siesta o 14.00. Gość specjalnie nie przejął się pęknięta szprychą, zainkasował 6 € i poprosił zarekomendować swoją wypożyczalnię kolegom rowerzystom z Polski, co właśnie czynie w tym momencie.
Oczywiście takie zwiedzanie to zawracanie głowy. W 4 godziny nic się nie zobaczy, można sobie tylko przyjemnie pojeździć. Gdyby jednak mieć trochę więcej czasu rower wydaje się idealnym środkiem transportu w tym mieście. Wypożyczalni jest sporo. Rower na 3 dni kosztuje ok. 30 €. Wiadomo, metrem i na nogach wyjdzie taniej, ale o ile przyjemniej pokręcić się na dwóch kółkach;).
P.S.
Przepraszam wszystkich za jazdę bez kasku, ale innej możliwości niestety nie miałem.
Foto: Ampi&Gosia Zakrzewska












































